Podważając samowystarczalność

Cześć! Pomysł na ten wpis pojawił się w mojej głowie po przeczytaniu jednego komentarza na YouTube, pod filmem na kanale popularnego psychologa klinicznego. Komentarz trochę odbiegał tematu, ale ostatecznie zaciekawił mnie nawet bardziej niż sam film. Nie będę przytaczał całej jego treści, ale w skrócie mówił o tym, że jesteśmy istotami społecznymi i każdy z nas potrzebuje kogoś, by poprostu wyjść pogadać, bez jakichś większych celów czy pomysłów na relację, a obecnie promuje się „psychologiczne bzdury”, a kiedyś było lepiej.

Generalnie, nie powiedziałbym, że psychologia to bzdury. Może zostać podana w typowo akademicki sposób, z trudnymi dla przeciętnego Kowalskeigo sformułowaniami, będąc w ten sposób nieprzystępną, kiedy to życie jest mniej poukładane, bardziej zawiłe. Istnieją też sposoby podawania wiedzy psychologicznej w bardziej przystępny sposób, przytaczając przykłady z życia i opisując zachowania ludzi wobec siebie – np. jakieś metody manipulacji, które mogą stosować między sobą. Myślę, że warto zgłębiać tą więdzy w jakikolwiek sposób, najlepiej od kilku różnych osób, żeby czyjś punkt widzenia nas nie zdominował.

Zmierzając jednak do meritum, pozostaje kwestia samowystarczalności. Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o to, aby nie uzależniać się od innych ludzi czy może i rzeczy. Jeżeli czujemy się samotnie czy źle, to powinniśmy nad tym popracować, zakleić nasze dziury, iść do specjalisty. Oprócz tego rozwijać się, pracować nad swoim umysłem, ciałem, zarabiać pieniądze i mieć rozmaite cele. Często też mówi się, że z innymi ludźmi powinniśmy spotykać się nie po to, aby uzupełnić nasze braki, a po to, aby miło spędzać czas i dobrze się bawić, tworzyć zdrowe relacje.

W założeniach ma to sens. Każdy z nas jest osobnym bytem i posiada swoje dążenia, chce coś osiągnąć i czuć się dobrze ze sobą. Często jednak odnoszę wrażenie, że zapomina się o jednej z podstawowych potrzeb człowieka, jaką jest potrzeba przynależności do grupy. Obawiam się, że ta idea może być poniekąd, przynajmniej odrobinę, raczkiem naszej rzeczywistości. We współczesnych czasach, sporo ludzi zmaga się z poczuciem samotności, nawet jeśli widują się z innymi ludźmi. Również skala popełnianych samobójstw jest niepokojąca, szczególnie u mężczyzn. Gdy widuję się z innymi ludźmi to często mam wrażenie, że z czymś się zmagają. Jest miła atmosfera, jest zabawnie, nawet gra muzyka i czuje się, że coś niektórych dręczy, ale starają się tego nie okazywać. Można odnieść wrażenie, że to nie są to jakieś odosobnione przypadki. Co gorsza, mam wrażenie że to właśnie u osób bardziej zainteresowanych rozwojem osobistym, chcących być lepszą wersją siebie, coś takiego jest bardziej widoczne. Trochę, jakby nikt nie chciał psuć atmosfery i się otworzyć, powiedzieć co naprawdę czuje. Chyba nikt nie chce być ciężarem dla innych. Myślę, że za bardzo staramy się pochwalić swoją rzekomą „niezależnością” i „siłą”, co sprawia że nie możemy się w pełni otworzyć i być w pełni sobą – a trzeba zaznaczyć, że nie polega to tylko na byciu ciągle radosnym, do czego większość stara się dążyć w towarzystwie. Te osoby, dopiero gdy czują że nie mogą już dłużej ukrywać smutku czy innych „trudnych” stanów, zaczynają się wycofywać, aby nie pokazywać tego w grupie. Czy jednak nasze relacje nie byłyby o wiele bardziej budujące i wartościowe, gdybyśmy mogli otwarcie, spontanicznie się wyrażać? Czy naprawdę nikt z nas nie chce widzieć wśród swojego otoczenia kogoś komu jest smutno lub z czymś się zmaga? Samo widzenie tego u kogoś sprawia, że i my możemy się na to otworzyć i oczyścić się z takich stanów razem, dać sobie na to przyzwolenie. I przy okazji poczuć, że to nie jest z nami coś nie tak, że nie jesteśmy w tym sami. Myślę, że byłoby to o wiele bardziej zdrowe i prowadziłoby to do lepszych rezultatów. Często, gdy człowiek pozwoli sobie na bycie smutnym, po jakimś czasie czuje się lepiej. Gdy dzieje się to w towarzystwie empatycznych ludzi (czyli pewnie większości społeczeństwa), może to prowadzić do zawiązania relacji na głębszym, nie powierzchownym, poziomie.

Coś podobnego można często usłyszeć od starszych osób. Moja babcia opowiada, że kiedyś ludzie często widzieli się na żywo, rodzina miała większą wartość. Wspólnie spotykano się o wiele częściej niż kiedyś, a dzisiaj każdy siedzi w głowie ze smartfonem. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że „kiedyś było lepiej” to jest pewna nostalgia za dawnymi czasami. Zdecydowanie wiele rzeczy było gorszych w przeszłości, jednakże trudno się nie zgodzić z tym, że w mniej cyfrowym świecie, ludzie mimowolnie się widywali, bo i nie było aż takich możliwości kontaktu na odległość czy zajęć związanych z internetem, które pozwalają tak odizolować się od innych.

Można nawet odnieść wrażenie, że samowystarczalność może być pewnym określeniem, taką łatką, która ukrywać jeden z większych problemów współczesnego świata, jakim może być zanik prawdziwych, głębszych relacji międzyludzkich. W końcu, dzisiaj każdy się rozwija, ma duże cele, chce być jak najlepszą wersją siebie. Nikt nie chce wyjść na kogoś słabego, kogoś kto musi desperacko poszukiwać kontaktu z drugim człowiekiem.

Oczywiście, to nie jest też tak, że neguję potrzebę samowystarczalności, jednak żałuję, że nie tak rzadko zmierza ona w złym kierunku, który może bardziej szkodzić niż pomagać. Dobrze jest mieć osiągnięcia, być fajnym człowiekiem, tylko czasem te działania w stronę rozwoju mogą właśnie być sposobem na zgłuszenie w nas jakichś stanów, o których wolelibyśmy nie słyszeć na co dzień i o których inni nie powinni wiedzieć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.