Czy prawdziwa miłość jest możliwa?

To naprawdę interesujące pytanie, które raczej jeszcze długo pozostanie dla mnie bez odpowiedzi. Postaram się jednak uwolnić trochę refleksji na ten temat.

Samo pytanie o to, czy prawdziwa miłość istnieje, sprawia pewnie najwięcej trudności osobom szukającym ideału partnera i nie mogących go znaleźć. Sam jestem taką osobą. Odruchowo bardziej przykładam wagę do tego, co mogłoby przeszkodzić w budowaniu głębokiej relacji z nowo poznaną osobą niż do tego, co mogłoby ją zbudować czy polepszyć.

Przydałoby się, aby prawdziwa miłość miała w sobie taką bezinteresowność, czyli pomagania drugiej osobie i bycie dla niej oparciem bez oczekiwania niczego w zamian. To piękna i wręcz bajkowa wizja, choć patrząc na to bardziej realnie to my, jako ludzie, jesteśmy interesowni. Czy nam się to podoba czy nie. Nawet jeśli nie widać od razu zysku w tym co czynimy, zawsze coś dostajemy. To jak jakby zawsze musiał być jakiś motyw, który widzimy świadomie lub podświadomie by coś robić dla kogoś. Ten, kto pomaga drugiej osobie „bezinteresownie” coś dostaje zawsze. Może to być choćby poczucie bycia ważnym albo wrażenie, że jest się komuś potrzebnym lub jeszcze coś innego. Zawsze jednak jest w tym jakiś zysk. Rzeczy których nie widać często są cenniejsze niż dobra materialne. Oczywiście trudno zrobić coś z naszą interesownością. Raczej nie powinniśmy tego wypierać. Wystarczy pamiętać, że w każdej naszej chęci pomocy drugiej osobie jest dla nas widoczna jakaś nagroda – nie jednak co się za to karcić.

Wracając jednak do tematu miłości… Czy prawdziwa miłość musi wykazywać się bezinteresownością? Biorąc pod uwagę naszą naturę i to co wyżej napisałem wnioskuję, że niekoniecznie. Każdy z nas ma swoje potrzeby. Jedne są widoczne dla nas na pierwszy rzut oka, inne bardziej skryte, może wyparte. Chcielibyśmy jednak je zaspokoić. Pytanie jednak brzmi – w jakim stopniu jesteśmy w relacji dla zaspokojenia swoich potrzeb, a w jakim stopniu, dla potrzeb drugiej osoby?  Wydawałoby się więc, że idealna miłość to taka w której jest jakiś zachowany bilans, jednak wciąż nie możemy mieć pewności czy jest prawdziwa. Bo przecież można podejść do związku z myślą:

W porządku, to ona ma zaspokoić takie moje potrzeby, a ja chcę mieć w zamian to i to. Jak będzie mniej więcej po równo to związek uważam za udany i możemy sobie razem żyć.

Brzmi to dla mnie trochę zabawnie, gdy to piszę, aczkolwiek jakiś taki schemat jest obecny w związkach, pewnie głównie młodszych ludzi, którzy znają się jeszcze krótko, ale jednak.

Ja myślę (lub silnie chciałbym w to wierzyć), że prawdziwa miłość powstaje, gdy spotykają się dwie bratnie dusze, które są na podobnym poziomie rozwoju duchowego i mają podobne wewnętrzne potrzeby i głębię, podobną wrażliwość. Wydaje mi się, że zainteresowania nie musiałyby być w większości takie same. Może byłaby to miłość polegająca nie tyle na słowach i rozmowach, lecz bardziej na poczuciu szczęścia i spełnienia, gdy ta osoba jest w pobliżu. Wyobrażam sobie np. spacer w parku do domu dwojga ludzi, którzy nawet nie muszą nic mówić, a wracają razem i są spokojni o siebie, pełni ufności i zrozumienia bez słów. Promienie zachodzącego słońca oświetlają ich spokojne twarze. Idą oni obok siebie, a między nimi jest silne uczucie.

Im bardziej próbuję ubrać w słowa to co mam na myśli, tym bardziej mam wrażenie, że odbiegam od tego co najważniejsze – od miłości bez słów. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.